kapelanpolicji.pl


Idź do treści

Wiara i Sakrament

Refleksje teologiczne

Zgadzam się, (...) że należy głosić Dobrą Nowinę i że jest to nieodzowny wymiar chrześcijańskiego życia. Pytam jednak, czy nie zubażamy tej Ewangelii pozbawiając jej środków, które Bóg ustanowił do jej wyrażania.

My nie możemy iść pod Krzyż w jego historycznym wymiarze. Ale Krzyż, wraz ze swymi owocami, przychodzi do nas w równie obiektywnych realnościach, których uchwycić się może nasza wiara, tj. w proklamacji Ewangelii, w Chrzcie, w Wieczerzy Pańskiej. [Proszę zwrócić uwagę na cień rzucany przez Krzyż na obrazie Cranacha: http://cyberbrethren.com/wp-content/upl ... -LC-WB.jpg ]

W tych realnościach wyraża się obietnica Boga dla nas i w nich nasza wiara ma oparcie, szczególnie wtedy, kiedy przerażona jest własną słabością, kiedy dręczy ją zwątpienie. Bo nawet kiedy my jesteśmy słabi, te ustanowione przez Boga środki łaski pozostają niewzruszone w swoim obiektywnym i publicznym wymiarze. Nawet kiedy nasza wiara jest słaba, Ciało i Krew Chrystusa pozostają jego Ciałem i Krwią, a woda Chrztu jest nadal naszym udziałem w śmierci Chrystusa i powstaniem z nim do nowego życia. Jako takie zapewniają one o bliskości i łaskawości Boga.

Wiara która nie ma takiego oparcia, staje się wiarą opartą na samej siebie – staje się afektem i emocją, którą cały czas należy podsycać i której cały czas należy doświadczać, by być pewnym, że tam jest. Wierzę, bo czuję, że wierzę. Nie zaś – wierzę, bo mam oparcie w obiektywnie wyrażonej bliskości i łaskawości Boga. Luteranin nie mówi temu, który jest słaby w wierze, który nie jest pewien, czy Bóg jest mu łaskawy, że musi wierzyć mocniej. Luteranin wskazuje na obecność obietnicy Bożej w głoszonym Słowie, na Chrzest, na obecność Ciała i Krwi Pana w Wieczerzy.

Traktowanie sakramentów jako symboli bez większego znaczenia ostatecznie prowadzi do podważania wcielenia Syna Bożego. Bo kryje się za tym zwykle przekonanie, że takie słabe, naiwne i materialne środki uwłaczają godności Boga, który jako Bóg może przecież działać bezpośrednio i z całą swą mocą. Jako ucieczka od środków materialnych, takie podejście do sakramentów zubaża Ewangelię i podważa jej materialny, cielesny wymiar. Dychotomia między wiarą z jednej strony, a skaramentami z drugiej jest fałszywa! Nie nam zresztą jest decydować o tym, co wypada Bogu i co jest bardziej skuteczne. My nie musimy zbawiać Boga od niego samego. Mamy raczej uszanwać jego boskość, którą definiuje i wyraża on w Krzyżu, w wodzie Chrztu, w swym Ciele i Krwi leżących na ołtarzu.

Luter powiedział do Zwingliego, że jest z innego ducha. I wydaje się, że miał rację. Bo nie jest bezzasadnym pytanie, czy Luteranie i szeroko rozumiane wyznania reformowane tak naprawdę wyznają tego samego Boga.

ks. Piotr Małysz, luterański duchowny z USA


***


Kiedy sakramenty pozbawione zostają swojego wymiaru obiektywnego i publicznego - tj. takiego, który czyni z nich rzeczywiste środki Bożej łaskawości i obecności, których ralność jest niezależna od wiary i których wiara może się uchwycić - wiara musi szukać oparcia i pewności gdzie indziej.

Historycznie wzrost znaczenia predestynacji w Kalwiniźmie jest powiązany z marginalizacją sakramentów. Wprawdzie dla Kalwina sakramenty nie są czczymi symbolami, ale jako ralności są one uzależnione od wiary. To wiara czyni sakrament, nie zaś tylko (jak w Luteraniźmie) obejmuje i przyjmuje to, co jest faktem niezależnie od niej. Na przykład, to wiara sprawia, że Ciało i Krew Chrystusa są obecne dla wierzącego, podczas gdy w Luteraniźmie ich obecność nie zależy od wiary komunikanta, a jedynie od Bożej obietnicy. To ma dwojaki skutek.

Po pierwsze, sakrament staje się tylko manifestacją, nadbudową wiary i do wiary się bez żadnej reszty redukuje. W praktyce, sakramenty odprawiane są bez przekonania (bo przecież my mamy już wiarę!) i z pobudek legalistycznych (Bóg tak każe, choć większego sensu w tym nie ma). Odprawia się je więc bardzo rzadko.

Po drugie, wiara, która ma oprzeć się na czymś, co jest od niej uzależnione, potrzebuje mimo wszystko jakiegoś rzeczywistego oparcia. Kieruje się więc w stronę zgłębiania majestatu Bożego i tajemnic Bożego wyboru, jak na przykład w słynnym „złotym łańcuchu“ Perkinsa: http://danielnewman.files.wordpress.com ... chart2.gif Wierzący próbuje odgadnąć swój status wybranego nie w realnościach, które Bóg ustanowił -- w głoszonym Krzyżu, w Chrzcie, w Ciele i Krwi Chrystusa; zamiast tego szuka on oznak Bożej łaskawości w materialnych błogosławieństwach, jakich Bóg rzekomo mu udziela (teza Maxa Webera o kalwińskiej etyce i rozwoju kapitalizmu).

Współczesny ewangelikalizm, ze swoją teologią decyzji, odżegnuje się wprawdzie od podwójnej predestynacji, ale pozostaje z dylematem wiary opierającej się na samej sobie. Podbudowę dla wiary znajduje w połączeniu wiary z emocją, afektem, decyzją. Człowiek słaby w wierze jest zwracany w kierunku własnej wiary (każe mu się mocniej wierzyć, intensywniej przeżywać i często obwinia za to, że tego nie potrafi, kiedy zdaje on sobie sprawę, że jego wyjście do ołtarza było tylko w afekcie i pod wpływem chwili). Nie zwraca się zaś tego człowieka w kierunku publicznych i obiektywnych realności, w których wyraża się Krzyż, Boża obecność dla nas tu i teraz. Nie mówi mu się, że to właśnie na tych realnościach jego wiara może się śmiało oprzeć i znaleźć zapewnienie Bożej obecności, wybaczenia, łaski i miłosierdzia.

ks. Piotr Małysz, luterański duchowny z USA


***


Słowo o Krzyżu oraz sakrament, w których ten Krzyż ma wymierne znaczenie dla nas tu i teraz, są świadectwem obecności Boga wśród nas w jego miłosierdziu. Świadczą one, że zbawienie dzieje się wśród nas, tu i teraz. Tym świadectwem Bóg wzywa do zaufania sobie, do wiary. W swoim objawieniu Bóg wymaga wiary jako sine qua non -- jako koniecznej do -- zbawienia. Odrzucenie miłosiernego i kochającego Boga do zbawienia nie prowadzi.

Objawienie niesie ze sobą odpowiedzialnoąć: sami, wiarą, jesteśmy odpowiedzialni przed Bogiem i jesteśmy odpowiedzialni za bliźniego.

Przy tej całej odpowiedzialności, człowiek, który doświadcza Bożego miłosierdzia, wie, że Bóg, który dla człowieka popełnił “głupotę” krzyża, jest sam w sobie miłosierdziem i miłością. Toteż jako wierzący, jesteśmy uprawnieni do nadziei, że ci, co nie doświadczyli Boga w jego miłosierdziu, którzy nie poznali Boga objawionego, będą mieli okazję go poznać, że nie są skazani na wieczne potępienie. Ta sama wiara, która wzywa do odpowiedzialności, upoważnia nas do nadziei, że zbawienie możliwe jest i poza objawieniem Bożym, z zawartym w tym objawieniu odkryciem istoty Boga i wezwaniem do odpowiedzi wiarą.

A więc mój (1) sceptycyzm co do powszechnego zbawienia z wewnątrz objawienia i moj (2) agnostyzm co do zbawienia poza objawieniem wynikają stąd, że wiara (jako pewien duchowy zmysł i jedyny epistemologiczny kanał) opiera się wyłącznie na tym, co objawione: na słowie o Krzyżu, na wodzie Chrztu, na Ciele i Krwi Chrystusa – na tym, co pozornie słabe i co tak łatwo odrzucić. Wiara nie opiera się natomiast na pewności, że wszyscy i tak zostaną (jakoś, kiedyś) zbawieni.

Ale podobnie jak nie ma wiary bez uczynków, mimo że to nie uczynki nas zbawiają, tak też nie ma wiary bez nadziei, że i ci, co miłosiernego Boga nie poznali -- ci, co go nie słyszą i nie smakują -- też będą go mogli poznać. Myślę, że ta nadzieja nas nie zawiedzie.

ks. Piotr Małysz, duchowny luterański z USA



Powrót do treści | Wróć do menu głównego